xDolan

Mało który reżyser, mając ukończone trzydzieści lat, posiada na swoim koncie aż osiem pełnometrażowych obrazów. Dolan w wieku siedemnastu lat rzucił szkołę i na pewno, niczym bohaterowie jego przyszłych filmów, kiedy zamykał drzwi po raz ostatni, na dziedzińcu usłyszał muzykę i rytmicznym krokiem odszedł w drugą stronę. Potem, nie ukończywszy lat dwudziestu, zadebiutował filmem „Zabiłem moją matkę” (2009) i dostał 3 nagrody na festiwalu w Cannes. Każdy aspirujący reżyser wpisujący w Google hasło „znani filmowcy bez szkoły, którym się udało” otrzymuje mariaż porcelanowej wrażliwości i bezkompromisowość w szukaniu środków wyrazu w postaci Xaviera Dolana. Gdyby jego twórczość miała być miesiącem, to byłby to pewnie czerwiec z mieszanką listopada, bo dużo u Dolana melodramatycznych historii, estetycznych uniesień, spotkań o wzruszającej poincie, ale też atmosfery napięcia, zagubienia i niezrozumienia oraz, co jest swoistym leitmotivem jego obrazów, niespełnionej miłości. Jest taka fraza wieńcząca wiersz Herberta: „Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach” – gdyby Dolan ją usłyszał, chyba mógłby się zgodzić, że to trafna diagnoza kondycji człowieka w jego filmach. Chociaż Dolanowi zdarza się słyszeć zarzuty o uprawianie filmowego ekshibicjonizmu, to chyba można uznać go za formę porządkowania doświadczenia. Sekcję zaczynamy od pokazu „To tylko koniec świata” w Bramie Miasta. Mamy jednak nadzieję, że świat, przynajmniej do niedzieli, przetrwa, żebyście mogli zobaczyć tę opowieść o widmie nieuchronnej śmierci Luisa, która zaburza funkcjonowanie rodziny (a może spokrewnionych nieznajomych?) – postanawia bowiem odwiedzić ją pierwszy raz od dwunastu lat. Chociaż na początku wszyscy próbują nie wychodzić z roli przykładnych członków rodziny, to w końcu dawno skrywane żale i pretensje intensyfikują się, a widzowi towarzyszy uczucie dziwnego napięcia, które pogłębiane jest przez bliskie kadry ukazujące najmniejsze grymasy na twarzach znajomych-nieznajomych. W poniedziałek (31.08) na Piotrkowskiej 90 projekcja filmu „Na zawsze Laurence”. To chyba najdłuższe, blisko trzygodzinne, festiwalowe wyzwanie. Tytułowy Laurence, szkolny nauczyciel, chce w dniu swoich trzydziestych urodzin zmienić płeć. W filmie jak w soczewce skupiają się wszystkie rozterki i radości wynikające z tej decyzji, a kamera z bliska przygląda się transformacji jego związku z Fred, która na wieść o tej informacji myśli, że jej chłopak jest homoseksualistą. W filmie znajdziemy wszystko, co można uznać za styl Dolana, czyli: starannie dopracowane, estetyczne kadry, skomplikowane relacje, problem tożsamości, dużo papierosów, melodramatyczne kłótnie, teledyskowe ujęcia. We wtorek (1.09) natomiast spotykamy się w Centralnym Muzeum Włókiennictwa – tutaj zobaczymy film „Mama”, który stanowi jak gdyby rewers debiutu „Zabiłem moją matkę”, jednak rewers dojrzalszy i bardziej wyważony, empatyczny. Linia fabularna jest całkiem prosta: samotna wdowa mająca problem z utrzymaniem rodziny, wychowuje piętnastolatka cierpiącego na ADHD. Film przedstawia w dość kameralnej konwencji radości, frustracje i kłopoty każdej ze stron. Nienawistno-miłosna relacja przekłada się na każdy aspekt życia bohaterów, którzy czasem marzą o tym, by nie istnieć.